Silesia B&L

Barbara HETMAŃSKA

Zafascynowana muzyką, kinem, modą i Azją


Śpiewa od dziecka, pierwsze laury w konkursach zdobywała będąc jeszcze w wieku przedszkolnym. Szerokiej publiczności, urodzona w Katowicach wokalistka, dała się poznać w 2009 roku, utworem „Yeah” oraz coverem wielkiego przeboju Izabeli Trojanowskiej „Wszystko czego dziś chcę”. Parę lat temu całkowicie zmieniła swój artystyczny wizerunek. Odnosi również sukcesy w branży modowej, prowadząc własną firmę. 


– Trudno było rozstać się parę lat temu z Candy Girl, czy to naturalnie wyszło?

– Candy Girl to projekt, który miał swoją datę ważności. Nie ukrywam, że kiedy rodził się, gdy budowałam sobie wszystko w głowie, to wiedziałam na pewno, że któregoś dnia będę chciała przestać używania tego pseudonimu. Zmienił mi się gust muzyczny, który zresztą zmieniał mi się praktycznie od dziecka. Natomiast ta data nie była określona, dorastałam do tej decyzji, więc w żaden sposób nie było mi trudno zakończyć ten etap. 


– Podobno pomysł na pseudonim pochodził od przeboju Iggy’ego Popa „Candy”...

– To nieprawda...


– Tak pisały niektóre portale, chyba że coś przekłamują...

– Bardzo możliwe, że przekłamują. Tworząc tamten projekt zakładaliśmy, że będzie on popowo - elektroniczny. Sam pseudonim powstał z pomysłu moich znajomych. Siedzieliśmy wtedy w studiu również w towarzystwie muzyków i oni stwierdzili w pewnym momencie - „Zróbmy Candy Girl”. Pomysł się spodobał, więc tak zostało.


– Jak pani reaguje dziś na teksty z tamtych czasów „polska Lady Gaga”?

– Wtedy jakoś to mnie jeszcze denerwowało, biorąc pod uwagę, że wizerunek który był stworzony nie powstał na podstawie czyjegoś wizerunku. Miałam swój zespół stylistów, świetnych ludzi wokół mnie, którzy inspirowali mnie różnymi rzeczami, ale na pewno nie innymi artystami. Właściwie to wypłynęłyśmy w tym samym czasie, między 2008 - kiedy praktycznie miałam już gotową większość materiału i wtedy wyszedł też kawałek „Wszystko czego dziś chcę” - i 2009 rokiem, gdy ukazała się cała płyta. Musiałabym ją przez cały czas obserwować na maksa, żeby zacząć się dokładnie tak samo ubierać, zachowywać... Miałam natomiast własny pomysł na siebie i - tak jak wspomniałam - grono osób wokół, które ten pomysł wspierały swoją inwencją. Tak powstawały zarówno stroje, jak i makijaże oraz wszystko inne... 


– Ale parę lat później - podczas akustycznego koncertu - sięgnęła pani po utwór „Shallow” ze słynnego filmu „Narodziny gwiazdy”...

– Tak, dwa lata temu zaśpiewałam „Shallow”, ale to nie z uwagi na porównania, ale ze względu na samą piosenkę. Bardzo ją lubię. Tak samo zresztą jak film - to bardzo dobre kino. 


– Dekadę temu miała Pani również okazję wystąpić na dużym ekranie. Możemy spodziewać się powrotu na plan filmowy?

– Jeszcze w tym roku czekają mnie zdjęcia do kolejnego filmu, ale o tym przedsięwzięciu wolę jeszcze nie mówić. Zobaczymy co z tego będzie. Natomiast osobiście jestem zafascynowana kinem, bardzo lubię oglądać filmy. Co prawda duże role wymagałyby ode mnie ogromnego przygotowania, ponieważ bardzo lubię podchodzić profesjonalnie do wszystkich rzeczy, za które się zabieram. Być może kiedyś coś większego uda się zrealizować, a na razie małe epizody są fajną przygodą i odskocznią od tego co robię.


– Ma Pani swoje ulubione filmy, które może oglądać, mimo że doskonale zna fabułę i zakończenie?

– Mam tak na przykład z serialem „Breaking Bad”, który potrafię cały czas oglądać. To samo z filmem „Duma i uprzedzenie”, który widziałam chyba ze sto razy. Bardzo lubię też serial „Narcos”. To są takie rzeczy, do których chętnie wracam. No i jestem ogromną fanką „The Crown”.


– A jak podobała się Pani wersja „Wszystko czego dziś chcę”, wykorzystana w serialu „Rojst”?

– W coverach fajne jest to, że każdy artysta może pokazać oryginalny utwór w totalnie w innym świetle, nadając mu tym samym nowe życie. Wykonanie Moniki Brodki fantastycznie wpisuje się w klimat serialu. To bardzo dobrze zrobiony utwór. Słyszałam również Wszystko Czego Dziś Chcę w wersji rockowej. Pewnie powstanie jeszcze kilka innych, to po prostu jest kultowa piosnka.


– Nagranie tego hitu przez Panią to była decyzja własna czy wytwórni płytowej?

– Nagraliśmy ją jeszcze w 2008 roku, potem została włączona do repertuaru płyty. Był to mój wybór. Po prostu bardzo lubię ten kawałek, pamiętałam go jeszcze z czasów dzieciństwa. Nie słuchałam wówczas dużo polskiej muzyki, a to była jedna z nielicznych piosenek, którą udało mi się usłyszeć. Miałam okazję zrobić jej nową wersję i udało się. Spodobała się zarówno świętej pamięci Romualdowi Lipko, jak i Izabeli Trojanowskiej. Mogłam zaśpiewać ją razem z nimi podczas jubileuszowego koncertu na festiwalu w Sopocie. To było ogromne wyróżnienie.


– Izabela Trojanowska zawsze dbała o wizerunek, zwłaszcza na początku lat osiemdziesiątych wyróżniała się na polskiej scenie muzycznej. To również Was łączy...

– Oczywiście. Muzyka plus wizerunek artysty tworzy jedną całość. Dla mnie zmieniał się on w zależności od płyty i tego co mi w duszy grało. Był epizod piór, szkła, pereł i cekinów, później zmieniło się to w kolorowe garnitury. Z wizerunkiem jest jak z muzyką. Z pewnych rzeczy się wyrasta, a do pewnych dorasta. 

– Cztery lata minęły od wydania EP podpisanej już Pani imieniem i nazwiskiem. Kiedy możemy spodziewać się następcy?

– Pracujemy w tej chwili nad nowymi rzeczami. Nie chcę na razie podawać daty premiery, bo nie lubię zamykać się w terminach. Natomiast kolejne nowe wydawnictwo z pewnością będzie znów czymś w rodzaju EP. Bardzo spodobał mi się ten format płyty mimo, że prywatnie nadal jestem fanką płyt długogrających... W każdym razie pracujemy nad tym, żeby powstało coś nowego, bo nie ukrywam, że pochłonęła mnie firma i muzyka zeszła na drugi plan.


– Wspomniała Pani o płytach długogrających. W jednym z wywiadów - nie dla muzycznego portalu - wyznała Pani, że lubi zapach winyla. Zbiera Pani winyle?

– Mam płyty. One rzeczywiście mają specyficzny zapach... Lubię winyle. To nie jest zwykłe załączenie sprzętu i włożenie CD, tylko trzeba wyjąć płytę z okładki, potem jeszcze z papierowej koperty, położyć na talerzu, nastawić... To rytuał, który jest fantastyczny. Bardzo lubię słuchać muzyki z winyli. Mam ich mnóstwo i czasem, gdy jestem w domu rodzinnym, to sobie „odpalam”.


– Często koncertowała Pani w Azji, zwłaszcza w Chinach. Jakie wspomnienia ma Pani z tego okresu w karierze?

– Rynek azjatycki jest zupełnie inny, tamtejszy odbiorca również. Wypatrzyła mnie amerykańsko - chińska agencja, zaprosili mnie tam. Bardzo dobrze wspominam te pięć lat. Większość czasu spędziłam w trasie, ale miałam też chwile na zwiedzanie. Zakochałam się w Azji, bardzo podoba mi się ta część świata. Trzeba tam jechać z nastawieniem, że jest to zupełnie inna kultura, że my jesteśmy tam gośćmi i mieć umysł otwarty na wszystko. Wtedy można czerpać z Azji pełnymi garściami, bo to naprawdę fantastyczne miejsce. Publiczność bardzo wymagająca, ale nie taka, której nie można zdobyć. Trzeba się trochę więcej napracować. Naprawdę bardzo miło wspominam tamten czas...


– Jest szansa na powrót w tamte rejony? Chiny nadal są pozamykane z powodu pandemii.

– Rzeczywiście, żeby tam wjechać trzeba odbyć kwarantannę. Na chwilę obecną nie planuję tam wyjazdu z koncertami. Ale mam nadzieję, że pojadę odwiedzić swoich znajomych, których mam mnóstwo. Natomiast na razie nie wiążę z tym krajem rozwoju swojej kariery, skupiam się na Polsce, na rozwijaniu swojej agencji marketingowej i przede wszystkim na tym, by dostarczyć swoim fanom trochę więcej muzyki, bo ostatnio było jej niewiele. Rozmawiał: Robert DŁUCIK